Dramat  scena młodych  slang

Odsłona pierwsza


Podwórko, trzepak, piaskownica, na środku ławka, w głębi wejście do kamienicy, na parterze widać uchylone okno.


TOMASZ

Marzyły mi się dawniej loty w kosmos, wyobraź sobie. Obcykałem sobie mapę nieba, Mars — tu, Wenus — tam, Saturn, Uran, Neptun i Pluton. Najbliżej Słońca — Merkury. Z zapartym tchem gapiłem się w gwiazdy. Teraz wieczory mnie dołują. (pokazuje do góry). Zapytasz, dlaczego? Bez obciachu, niczego nad nami nie ma. Oprócz szczerzącej kły mroźnej próżni i zagubionych okruchów materii. Wszechświat straszy nas pustką. Niewiele nam może zaoferować.

ROMA

Tak to, biedaku, widzisz? Nigdy nie stawiałam pod znakiem zapytania twojej inteligencji, tym niemniej czasami odnosiłam wrażenie, że wprost uwielbiasz przegraną. To mnie zawsze bolało. Leziesz na samo dno. Czy tej pustki nie ma przypadkiem w tobie? (podnosi się z ławki i wykonuje taneczne pas) Popatrz! Dookoła tętni życie, w dzień świeci słońce, nocą wschodzi księżyc, mijają pory roku, wiosną przyroda eksploduje zielenią. Nie wpada ci to w oczy?

TOMASZ

Nie jestem porąbany i mam ślepia. Nie mogę powiedzieć, żebym tego nie widział. Przyroda żyje, ty też, lecz to za mało, pyszczku, żeby być szczęśliwym. Można się tym cieszyć po pijaku, chociaż chlanie to generalnie zgubna rzecz. Wytrzeźwiejesz i czujesz, że nie tego szukałeś. (wstaje i podchodzi do trzepaka)

ROMA

A co mi tam, zaryzykuję, chociaż może cię wkurzę. Muszę ci to powiedzieć. Wydaje mi się, iż nie wierzysz w Boga. Tego ci brakuje!..

TOMASZ

Mała, coś ty? (próbuje podciągnąć się na trzepaku) Wierzę. To znaczy: wierzę i nie wierzę. Tak sobie myślę, że gdyby On naprawdę istniał — nie papierkowym istnieniem w katechizmach czy w rozprawach filozofów — to przecież urządziłby ten świat inaczej, z głową. Gdyż czegoś ważnego w nim zabrakło. To świat na maksa przegrany, Romo, bezsilny, w agonii, skazujący cię na prymitywną wegetację. Każdy dzień życia to kolejny gwóźdź do trumny. Twoje pragnienia w nim się nie liczą. Czy tego chciał dla ludzi Ten, w którego mocno wierzysz? (na stronie z oczywistą ironią) Doskonały Bóg stwarza niedoskonały świat. Jakby dla kontrastu, psiamać. Żeby lepiej przy nim wypaść...

ROMA

Ech, te twoje ciemne okulary! Niby to studiowałeś filozofię, liznąłeś tego i owego, ale... Sterczą ci na nosie i nie widzisz barw. (podchodzi do trzepaka) To utkwiło gdzieś w tobie. Tu coś ci się przekręciło. (dotyka jego piersi) Tak tam mroczno, że nawet z noktowizorem nie ma po co się pchać. I dlatego świat jest dla ciebie przegrany, a Bóg zakłamany i fałszywy. Nie umiesz się cieszyć, nie potrafisz wskrzesić w sobie odrobiny fantazji. Ja wszędzie czuję bliskość Boga, nie tylko w kościele — w budzie, na rolkach, na stadionie, na dyskotece, na koncercie...

TOMASZ

Tanie bajery. Bez obrazy, jesteś niepoprawną romantyczką i zachwycałabyś się nawet tym śmierdzącym wysypiskiem śmieci za miastem, siedliskiem komarów, much i robali. (wraca na ławkę i siada na niej okrakiem) Ale czemu się dziwić? Starzy chuchają na ciebie jak na saską porcelanę. Mają takiego słodkiego bobasa. Sądzę wszakże, że gdyby życie, jak księżyc, odsłoniło przed tobą drugą stronę, gdybyś pojęła, że świat jest dżunglą, wypełnioną dzikimi bestiami, łaknącymi szmalu, władzy i rozkoszy, gdybyś dojrzała, że górą są w nim najwięksi zwyrodnialcy, zmieniłabyś punkt widzenia. Czy musisz się o cokolwiek martwić: o kasę, o żarcie, o ciuchy, o manele, o metę na noc?

ROMA

No, wiesz? Jesteś uszczypliwy, Tomku, i powinnam się na ciebie obrazić. I ja mam zmartwienia, a któż ich nie ma. Nie wyolbrzymiam ich jednak tak jak ty i z byle powodu nie podnoszę krzyku. Nie kryję, czasami coś mi dolega, ale czy to ma oznaczać, że tym samym cały świat jest chory i cierpiący? Bez przesady z tą ponurą miną. Dlaczego miałabym patrzeć na wszystko przez pryzmat moich zmartwień? (siada na ławce)

TOMASZ

Dobra, nie zamierzam się z tobą kłócić, wycofuję się, a ty nie rób z siebie przemądrzałej suki. Podzielimy racje na pół i będziemy kwita. A jeśli widzisz na moim nosie ciemne okulary, to doradź mi, jak je zdjąć. Co mam zrobić, by nie zasłaniały mi świata? (przysuwa się do niej)

ROMA

Suka? Ależ ty wstawiasz teksty. Nie przeginaj, Tomku, bo będziesz miał przekichane. Jak je zdjąć? To proste. Gdybyś zaczął się modlić, odsłoniłby się przed tobą świat ducha, przesycony dobrocią i miłością...

TOMASZ

Ja, modlić się? Z różańcem w ręku, klepiący pacierze? Zawodzący gorzkie żale? Idź się dygaj z pingwinami. Do kogo i po co? Może jak w osławionej grze Pascala powinienem się zaasekurować — tak, na wszelki wypadek, bo a nuż po śmierci wpadnę w łapy surowego Sędziego? Wolę raczej własne założenie i uważam, że jest ono bardziej na miejscu. Otóż, uważam, że jeśli Bóg istnieje, to lepiej niż ja sam wie, czego mi potrzeba, a jeśli Go nie ma, to i najgorliwsze prośby nie pomogą. Zafajdany wszechświat, który ich wysłucha przecież mi nie odpowie.

ROMA

Ależ ty motasz! Modlić się, to wychodzić na spotkanie Boga, który cierpliwie czeka, to szukać Go, tak jak się szuka prawdziwego przyjaciela — nie z myślą o doraźnym zysku lub stracie. Jeśli odkryjesz Go tak jak ja, zaznasz spokoju i szczęścia... (wstaje i podchodzi do piaskownicy, podnosi porzucone wiaderko i stawia je na obrzeżu)

TOMASZ

He, he, he. Robisz mi niezły pasztet w głowie. Jak mogę spotkać się z kimś, kogo w ogóle nie znam? I nie mam pojęcia, jak wygląda? A nawet nie wiem, czy istnieje? To tak, jakbym stale szlajał się w pobliżu dworca kolejowego, jak idiota wyczekując kogoś, kto nigdy się do mnie nie wybierze. W pale się nie mieści! Wzięliby mnie za bezdomnego, lumpa lub ćpuna.

ROMA

Tomku, nie chcesz mnie zrozumieć! Przekręcasz złośliwie prawie wszystko, co mówię. Przecież Bóg czeka; nie jest przypadkowym przyjezdnym; a poza tym zostawił wyraźne znaki, drogowskazy życia duchowego, które do Niego prowadzą. I przypuszczam, że je dobrze znasz. (siada na obrzeżu piaskownicy) Chodzi mi przede wszystkim o Pismo święte, zwane księgą życia, prawdziwego życia... Ono jest utrwaloną na piśmie mową Boga.

TOMASZ

Chromolę to. Najpierw modlitwa, teraz Biblia. Owszem, miewałem ją w rękach. (siada obok dziewczyny) Wertowałem ją i czytałem. (bierze wiaderko, sięga do piasku i je napełnia) Tak, czytałem: o Mojżeszu i plagach w Egipcie, o zasuwaniu przez Morze Czerwone i o podbijaniu Ziemi Obiecanej. Było to interesujące, a przynajmniej wtedy mnie zajmowało... (przenosi się do piaskownicy i zaczyna się bawić w piasku; znajduje łopatkę) Dziś jednak inaczej na nią patrzę niż kiedyś. Te zdarzenia nie mogły mieć miejsca, a umieszczono je tam z myślą o frajerach. (macha wiaderkiem, wysypując piasek) Mojżesz wyciągnął rękę nad morze i nagle ustąpiło ono przed idącymi. Jozue nakazał wojsku dąć w trąby i mury warownego Jerycha rozsypały się w pył. To fikcje, dobrze wyglądające w komiksach. I któż miałby w nie wierzyć? (wstaje) Ja? Człowiek, który myśli, cywilizowany? Marzący o podboju kosmosu? Nie dam sobie wcisnąć takiego kitu. Nie jestem ciężko kapującą mózgownicą. (siada)

ROMA

Przy tobie, Tomku, można zwątpić we wszystko. Nie da się ukryć, że w twym stosunku do życia kryje się spora doza romantyzmu, a nawet humoru, lecz czarnego. Miast delikatnie szkicować zaostrzonym ołówkiem, żeby wydobyć zarysy, zamaszyście smolisz papier kawałkiem węgla. Obawiam się, że źle czytałeś te biblijne opowieści, z niewłaściwym nastawieniem, bez szacunku dla ich autora, Boga; a przecież są takie piękne...

TOMASZ

Też powiedziane: piękne?! Nie obraź się, ale gadasz jak dupa wołowa. Niestety, jestem nowoczesnym facetem i nie ufam autorytetom, które od dawna się rypią. Przecież to przeszłość, historia. (podnosi się i udeptuje piasek) Zresztą, po co ględzimy o religii, to nas dzieli. W przeciwieństwie do ciebie uważam, że do dobrego samopoczucia nie jest wcale potrzebna wiara w Boga...

ROMA

A jednak wspomniałeś, że ci Go brakuje i że Go szukasz. Od tego wszystko się zaczęło...

TOMASZ

Boga?! Religii? Nie łażę ani za jednym, ani za drugim. Owszem, nie mogę się uwolnić od jakiejś cholernej chcicy. Odczuwam potrzebę zbratania się z czymś absolutnym i doskonałym, choć zarazem uważam, że nigdy się nie natknę na coś takiego. A przecież z tego powodu się nie pochlastam.

ROMA

Ależ mówisz o Stwórcy. (zrywa się) To jest właśnie Bóg!

TOMASZ

Działasz mi na nerwy. Widzisz, miseczko, to, za czym niucham, nie ma niczego wspólnego z twoją wiarą. Tak sądzę. Dlaczego religia miałaby być lekarstwem na wszystkie udręki?

Z klatki schodowej wychodzi Matka i rozgląda się za Romą.

MATKA

Aha! Jak zwykle razem. Dobry wieczór! Rozumiem, że lubicie sobie poszeptać i poplotkować, lecz pan, panie Tomku, nie należy do rannych ptaszków. A Roma, skoro świt, musi wstać do szkoły.

TOMASZ

(na boku) Czyli spadówa! (do Matki) Ależ... Niech się pani na nas nie gniewa. Roma jest ciut, ciut dziecinna, by nie rzec naiwna, mimo tego ciekawie z nią się rozmawia. Spieramy się, paplamy, roztrząsamy. Nic jałowego. Są to twórcze dysputy, prawie jak w Akademii Platona... (wychodzi z piaskownicy)

MATKA

W Akademii? Chyba wpada pan w przesadę. Nie mam nic przeciwko uczonym dysputom — pod warunkiem, ze toczą się przy dziennym świetle, a nie wtedy, kiedy czas do łóżka. Roma jest oczytana. A pan? Miał pan ostatnio w ręku jakąś dobrą książkę?

TOMASZ

(całuje ją w rękę) Wie pani, gwiazdy, gwiazdy i jeszcze raz gwiazdy. To one winne. Jest tak przyjemnie, że byłoby grzechem siedzieć w chacie.

MATKA

Zauważyłam, że lubi pan jak berbeć swawolić w piaskownicy. Czy to rozkoszne zajęcie ma jakiś związek z gwiazdami?

ROMA

Mamo, przestań! Masz ostry język i wszyscy wiedzą, że potrafisz dociąć. Nie musisz się popisywać.

TOMASZ

Skądże znowu. To nie docinki, a szczera prawda. Nie wstydzę się tego, że lubię pogrzebać grabkami w piasku. Każdy był kiedyś dzieckiem, nie?!

MATKA

(spogląda na zegarek) No, skoro tak, to chwilę z wami zostanę. (do Tomasza) Szczere przyznanie się do winy jest gwarancją łagodniejszego wyroku. Zatem tym razem nie kamieniołomy. Panie Tomku, ja sobie klapnę tu, na murku, a pan niech wraca do piaskownicy.

TOMASZ

Z prawdziwą przyjemnością! (siada w piaskownicy jak za ladą sklepu) Życzy sobie pani babkę piaskową, biszkopt czy piernik?

ROMA

Poruszaliśmy, mamo, poważne tematy.

TOMASZ

Ma się rozumieć. To fakt, mówiliśmy o Bogu i takich tam sprawach. Nie można wszystkiego sprowadzać do poziomu łóżka, materaca i chcicy. Pani również jest wierząca?

MATKA

Już dawno nikt mnie nie pytał o to tak bezpośrednio, ba, obcesowo, jak pan. Owszem, jestem wierząca, i starałam się tak wychować Romę, żeby była przekonana, iż warto wierzyć.

TOMASZ

Udało się to pani. Chciałbym wszakże zgłosić drobne zastrzeżenia. Czy religijność Romy nie jest przestarzała? Zbyt tradycyjna? Coś mi ona trąci starymi babulami ze wsi. Większość moich znajomych nie traktuje poważnie wiary w Boga. Z tym nie jest się na topie.

MATKA

No nie, panie Tomku! Tym razem naprawdę pan przesadził, a nie wygląda pan na ogrodnika, nawet z tą zieloną łopatką i wiaderkiem w kolorze pomarańczy.

ROMA

On chciałby, mamo, abym we wszystko wątpiła.

MATKA

Zgadzam się, można wątpić, i niemal każdy przechodzi w życiu przez załamania. Jeżeli jednak czyni się z wątpienia regułę, normę, zasadę, wcześniej czy później trafi się do psychiatry...

ROMA

Gdybym straciła wiarę, stałabym się na pewno kimś bardzo nieszczęśliwym — jak ślepiec, nie znający drogi i błądzący po omacku. Świat wydałby mi się odpychający. Czy mogłabym sama siebie skazywać na życie w mroku? Dlaczego niektórzy tak czynią?

TOMASZ

Dobra, poddaję się. Może tam — faktycznie — coś jest, co mi umyka. Wie pani, wpadła mi kiedyś w ręce książka, napisana przez amerykańskiego lekarza. Opiekował się pacjentami, którzy przeżyli śmierć kliniczną, a potem spisywał ich wspomnienia. Niemal każdy z nich widział światło w tunelu i doświadczał piękniejszego życia, które rozpoczynało się po śmierci. Być może, istnieje lepszy świat, ale można go poznać wówczas dopiero, kiedy opuści się ten, zgniły i brudny...

ROMA

Zgadam się z tobą: świat, o którym mówisz, jest naprawdę bardzo piękny. Nie uważam jednak, że aby go odkryć trzeba koniecznie przeżyć śmierć kliniczną. Wskazywałam mu, mamo, inną drogę; namawiałam go do tego, żeby zaczął się modlić.

MATKA

To jest chyba najwłaściwsza recepta na życie. Buntować się przeciw sobie, tłumić potrzeby religijne, udowadniać, że są zbędne, to grzech. Zaryzykowałabym twierdzenie, że to grzech przeciw Duchowi Świętemu... (odchodzi i wygląda za scenę, jakby czuła, że gdzieś w pobliżu jest jeszcze ktoś ukryty)

ROMA

Spójrz na niebo! W tej czerni gwiazdy lśnią jak diamenty. Czy nie mówi ci ono o Bogu? Czy naprawdę niczego wzniosłego nie czujesz?

TOMASZ

(obejmuje Romę i przytula do siebie) Czuję twoją bliskość i wolałbym dostrzec Boga w tobie. Myślę, że to byłoby o wiele bardziej ekscytujące...

ROMA

(uwalnia się z objęć) Jesteś przewrotny, Tomku.

MATKA

No, czas wracać. Naprawdę już późno. Miło się z panem gawędziło, panie Tomaszu. Dobranoc!

TOMASZ

Mam nadzieję, że nie będzie pani mieć do mnie pretensji. (całuje ją w rękę) Ciężki frajer ze mnie. (do Romy) Narazka, zmywam się. Jutro wpadnę, zanim słoneczko pokaże nam tyłeczek.

ROMA

No to nara, trzym się!

Matka i Roma wchodzą do klatki schodowej. Tomasz zostaje sam, chwilę się waha, czy odchodzić, wreszcie nieruchomieje na skraju sceny, pochłonięty myślami.

TOMASZ

(do siebie) Ma niezłe ciało. Takie ciacho bym sobie schrupał. Tylko jej stara. Kiedy ją widzę, płaszczę się i zamieniam w dupowłaza. W pale się nie mieści! (kręci z niedowierzaniem głową) Ona kończy już elo, czyli na jedno wychodzi. Luz-blues, w niebie same dziury... (odchodzi)

Zmienia się nastrój na scenie, pojawiają się Starcy, a ich wejściu towarzyszy subtelna muzyka.

STARZEC I

Ci są niby trzcina w szuwarach — zakorzenieni w błotnej ziemi aż do bólu, lecz myślą sięgający nieba...

STARZEC II

Tak chciał Stwórca, który powołał wszystko do istnienia, im przydając podobieństwo do siebie, podobieństwo szczególne.

STARZEC I

Na swój obraz ich stworzył.

STARZEC II

A chociaż grzech zżera im dusze i gubią się w ciasnym świecie schematów, to jednak słowem potrafią wyrazić to, czego się lękają. W ich własnym przekonaniu miłujący nieosiągalność i przeznaczeni śmierci.

STARZEC I

Są władni zamknąć wszechświat w myśli. Ma się więc ochotę zakrzyknąć za Szawłem z Tarsu: «Gdybym mówił językami ludzi i aniołów...»

STARZEC II

A może: ludzi, aniołów i lumpów...

więcej

M e n u

D r a m a t

O s o b y

  • ROMA
  • MATKA Romy
  • OJCIEC Romy
  • TOMASZ
  • WIKTORIA, siostra Tomasza
  • SYLWESTER, kolega Tomasza
  • GRZEGORZ, kolega Tomasza
  • DZIECI
  • STARZEC I
  • STARZEC II